Nieodżałowanej pamięci Stanisław Ignacy Witkiewicz „Witkacy” gdyby żył dzisiaj, musiałby chyba ograniczyć swoją twórczość artystyczną tylko do malowania. Albowiem w pisaniu dramatów nie prześcignąłby swych konkurentów z formacji „nieznanych sprawców”, którzy wespół ze swoją agenturą ulokowaną w partiach, stowarzyszeniach i mediach nurtów i odcieni wszelakich, gromadą pożytecznych idiotów oraz tłumem wodzonych na manowce patriotów, co rusz wystawiają nam na „narodowej scenie” emocjonujące sztuki. Groteska i absurd królują dziś nie na kartach pożółkłych rękopisów Mistrza, ale na ekranach telewizorów. Jednym z takich dramatów odgrywanych na „żywej scenie” jest „nowy, świecki i tradycyjny” Marsz Niepodległości w Warszawie. Z punktu widzenia zarządzających polską masą upadłościową generałów z formacji „nieznanych sprawców”, gdyby owego marszu nie było, należałoby go wymyślić.
11 listopada czuję się trochę jak ateista zmuszany do świętowania Bożego Narodzenia, albo Zmartwychwstania Pańskiego. Otóż mam świętować coś, co w moim przekonaniu, nie istnieje. Czego nie ma. Co zostało zamordowane dawno temu i do dziś spoczywa w jakieś opuszczonej i zapomnianej mogile. Tymczasem „ludzie, co mnie mijają” sugerują mi wywieszenie flagi w oknie, wzięcie do ręki patyczka z bielą i czerwienią i radosne, z „bananem na gębie”, machanie nim przed równie radosnymi uczestnikami parad wszelakich. Oczywiście jako „niepodległościowy ateista” nie biorę udziału w tych „imprezach”, albowiem mógłbym nie przetrwać takiego gwałtu na własnej tożsamości polityczno – duchowo – intelektualnej. Wiem, że się czepiam i wydziwiam. Ze mi się w du… znaczy się w głowie poprzewracało. W końcu powinienem się cieszyć, że obecne neosowieckie zniewolenie ma tak łagodne i przyjazne oblicze. Że nikt (przynajmniej na razie) nie wykręca mi rąk do tyłu, nie wiąże mi ich drutem i nie strzela w potylicę, albo usuwa paznokcie przy pomocy tępego scyzoryka. Jedyne co muszę „znosić” to świętowanie fałszywych świąt i oglądanie rozradowanych mord medialnych funkcjonariuszy, zwanych dla niepoznaki celebrytami. Ale cóż, tak mam i koniec.
Oglądając relacje z warszawskiego marszu zaczynam rozumieć dlaczego Mistrz Witkacy „odebrał siebie światu” przez otwarcie swoich żył. Chciał chyba być pewnym, aby nawet po śmierci, oglądając z zaświatów to co odbywać się będzie w Polsce (a raczej w tym co z Niej pozostanie) nie zalała go własna krew. Kto jest bowiem wrogiem niepodległości naszego kraju? Niewątpliwie na pierwszym miejscu należy postawić naszego wschodniego sąsiada, zwanego nadal dla niepoznaki Rosją, a będącego w istocie państwowopodobnym tworem zarządzanym przez neosowieckich renegatów. A kto współorganizuje ów marsz niepodległości? Między innymi środowiska takie jak ONR czy monarchiści od prof. Adama Wielomskiego, którzy w tzw. Rosji upatrują sojusznika i przyjaciela. Gdzie udają się uczestnicy marszu? Pod pomnik Romana Dmowskiego, który w Rosji bolszewickiej lat 30. nie widział zagrożenia dla państwa polskiego.
Niepodległości nie należy dziś świętować, ale jeśli już to o nią znowu walczyć. Dlatego dziwi mnie Krzysztof Bosak, niegdyś prominentny działacz Ligi Polskich Rodzin, który odcina się od „chuligańskich” rozruchów podczas „niepodległościowej” imprezy. To właśnie ci „chuligani” powinni być popierani przez miłośników niepodległości za to, że są gotowi do czynu. Do walki o wyznawane ideały. Powinni, gdyby nie szkopuł, że są m.in. z ONR – u, czyli, pisząc w skrócie, sojusznikami tzw. Rosji. Inny były prominentny działacz kilku „partii prawicowych”, Artur Zawisza, podkreśla, że w marszu, oprócz wyżej wymienionych „chuliganów”, szli „publicyści, politycy, pisarze” i inni przewodnicy duchowi narodu. Czyli gromada, żeby nie powiedzieć zbieranina ludzi, którzy jako intelektualiści (może za wyjątkiem polityków), a więc ludzie używający rozumu w celu analizowania otaczającej nas rzeczywistości, powinni tłumaczyć owemu narodowi, że Polska obecnie niepodległa nie jest i że o tę niepodległość warto by znowu powalczyć. Tymczasem leśne dziadki wolą iść pod wyżej wymieniony pomnik i ubić trochę piany, żeby „prawicowy” interes mógł kręcić się dalej.
Z kolei historia zatacza koło i powraca jako farsa. W 1905 r. narodowi demokraci oskarżali bojowców Polskiej Partii Socjalistycznej, o to, że są zwykłymi bandytami, bowiem atakują na ulicach rosyjskich żandarmów, strzelają do zwykłych stójkowych, którzy stają się niewinnymi ofiarami rewolucji. Tymczasem dziś to właśnie m.in. narodowcy (a przynajmniej udający narodowców) obrzucają koktajlami Mołotowa zwykłych policjantów, narodowości polskiej zresztą, którzy stają się niewinnymi ofiarami ich „świętowania”. Cała „impreza” ma charakter politycznej ustawki między tzw. prawicą a lewicą, która ma dostarczyć medialnym funkcjonariuszom porcji tematów zastępczych, wałkowanych następnie przez kolejne tygodnie, a pełniącemu obowiązki premiera pretekstu do kolejnej akcji przeciwko wolności słowa i zgromadzeń. Nie trzeba przecież mieć intuicji Witkacego, aby po doświadczeniach zeszłorocznego marszu nie domyśleć się, że „kolorowe” bojówki od Palikota i Wyborczej będą wszczynać burdy na ulicach. Gdyby organizatorom „imprezy” naprawdę chodziło o niepodległość, a nie o polityczne bicie piany, to nie „odcinaliby się” od aktu spalenia przez „chuliganów” wozu transmisyjnego neosowieckiej medialnej gadzinówki, ale sami uczestniczyli w spaleniu jej głównej siedziby. A przy okazji paru innych gmachów, w których rezydują agenci i pożyteczni idioci „obcych mocarstw”, wrogich naszej niepodległości. Na pewno wśród atakowanych gmachów powinna znaleźć się ambasada naszego wschodniego „przyjaciela i sojusznika”. Ale do takiego czynu niezdolni będą zarówno „konserwatyści – monarchiści”, jak i publicyści, pisarze i politycy, którzy w rzeczywistości neopeerelu potrafią się dobrze ustawić, podobnie jak ich duchowi ojcowie przed 1989 r.
Pozostaje zatem tylko żal tych, którzy wodzeni na manowce quasipatriotycznej retoryki wypalają się w zbędnej aktywności zamiast zbierać siły do rzeczywistej i skutecznej walki o wskrzeszenie Niepodległej Polski, zamordowanej w 1939 r. przez działających „wspólnie i w porozumieniu” sowietów i Niemców.
piątek, 11 listopada 2011
wtorek, 8 listopada 2011
„Pomóż nam Obi – Wan Ziobro! Jesteś naszą jedyną nadzieją…”
O co chodzi „ziobrystom”? Co jest siłą napędową ich działania? Czy ich cel to podjęcie skuteczniejszej, niż czynił to PiS, walki z neokomunistycznym układem czy też najzwyklejszy owczy pęd do karier, awansów i medali? Czy chcą rzeczywistej władzy nad Polską czy tylko jej zewnętrznych znamion, jakie oferować im mogą generałowie z formacji „nieznanych sprawców”?
Strategia Jarosława Kaczyńskiego, którą przyjął od wyborów prezydenckich w 2010 r.,a która w skrócie polega na tym, aby nie wygrywać wyborów i nie zdobywać władzy (zarówno tej rzeczywistej jak i jej zewnętrznych znamion) i czekać w opozycji na sprzyjające warunki międzynarodowe, wydaje się słuszna. Zakładając, że taki jest jej cel. W końcu doświadczenie lat 2005 – 2007 pokazuje wyraźnie, że generałowie od „nieznanych sprawców” mają się dobrze i potrafią wywrócić każdą łódź, która nie wypłynęła z ich portu. Zajeździć na śmierć każdego konia, który nie jest z ich stajni. Po co zatem pchać się im bezmyślnie w łapy, skoro skończyć się to może smoleńską mgłą? Dlatego ostatnie kampanie wyborcze prowadzili tacy miałcy i nijacy politykierzy jak Poncyliusz czy Poręba. Ludzie o charyzmie… nie, nie będę tak obcesowy jak Nigel Farage i nie napiszę o urzędnikach bankowych. Ludzie o charyzmie, co najwyżej średnio zdolnego agenta ubezpieczeniowego. A zatem powierzenie losów kampanii wyborczej takim „strategom”, a odstawienie politycznego bulteriera, jakim niewątpliwie jest Jacek Kurski, zaowocować musiało przegraną. Ale „z Tobą przegrać to jak wygrać”, jak mawiał prezes Ochódzki. Czekamy na z góry upatrzonych pozycjach na lepszą koniunkturę – zdaje się mówić nam Jarosław Kaczyński, wspominając coś jeszcze o Budapeszcie w Warszawie.
Tymczasem Zbigniew Ziobro i przyjaciele wyskakują z krytyką prezesa PiS i domagają się zwycięstwa wyborczego oraz stołków w administracji neopeerelu. Kto jak kto, ale Ziobro –bohater walki z układem powinien doskonale wiedzieć, że to wojna na noże, w której nie bierze się jeńców. Czy zatem ma rzeczywistą wolę zdobycia realnej władzy nad polską masą upadłościową i pogonienia neobolszewików tam gdzie ich miejsce czy tylko żal mu ministerialnego stołka w rządzie udającym prawdziwy rząd wolnej Polski? Jaki ma prawdziwy plan, który mógłby wyrwać Polskę i Polaków z okowów neobolszewickiego zniewolenia, którego pozbawiony jest Kaczyński?
Strategia Jarosława Kaczyńskiego, którą przyjął od wyborów prezydenckich w 2010 r.,a która w skrócie polega na tym, aby nie wygrywać wyborów i nie zdobywać władzy (zarówno tej rzeczywistej jak i jej zewnętrznych znamion) i czekać w opozycji na sprzyjające warunki międzynarodowe, wydaje się słuszna. Zakładając, że taki jest jej cel. W końcu doświadczenie lat 2005 – 2007 pokazuje wyraźnie, że generałowie od „nieznanych sprawców” mają się dobrze i potrafią wywrócić każdą łódź, która nie wypłynęła z ich portu. Zajeździć na śmierć każdego konia, który nie jest z ich stajni. Po co zatem pchać się im bezmyślnie w łapy, skoro skończyć się to może smoleńską mgłą? Dlatego ostatnie kampanie wyborcze prowadzili tacy miałcy i nijacy politykierzy jak Poncyliusz czy Poręba. Ludzie o charyzmie… nie, nie będę tak obcesowy jak Nigel Farage i nie napiszę o urzędnikach bankowych. Ludzie o charyzmie, co najwyżej średnio zdolnego agenta ubezpieczeniowego. A zatem powierzenie losów kampanii wyborczej takim „strategom”, a odstawienie politycznego bulteriera, jakim niewątpliwie jest Jacek Kurski, zaowocować musiało przegraną. Ale „z Tobą przegrać to jak wygrać”, jak mawiał prezes Ochódzki. Czekamy na z góry upatrzonych pozycjach na lepszą koniunkturę – zdaje się mówić nam Jarosław Kaczyński, wspominając coś jeszcze o Budapeszcie w Warszawie.
Tymczasem Zbigniew Ziobro i przyjaciele wyskakują z krytyką prezesa PiS i domagają się zwycięstwa wyborczego oraz stołków w administracji neopeerelu. Kto jak kto, ale Ziobro –bohater walki z układem powinien doskonale wiedzieć, że to wojna na noże, w której nie bierze się jeńców. Czy zatem ma rzeczywistą wolę zdobycia realnej władzy nad polską masą upadłościową i pogonienia neobolszewików tam gdzie ich miejsce czy tylko żal mu ministerialnego stołka w rządzie udającym prawdziwy rząd wolnej Polski? Jaki ma prawdziwy plan, który mógłby wyrwać Polskę i Polaków z okowów neobolszewickiego zniewolenia, którego pozbawiony jest Kaczyński?
środa, 12 października 2011
Przywrócić głowę korpusowi
„Samogonny Mefisto w leninowskiej kurtce
posyłał w teren wnuczęta Aurory
chłopców o twarzach ziemniaczanych
bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach”
Zbigniew Herbert
„Niewątpliwie, ruch Solidarności w PRL nie był nigdy dążącym do obalenia komunizmu, lecz do ulepszenia go. Poprawienia, zarówno warunków ekonomicznych, jak i społecznych. – Więcej chleba i wolności! Był w tym konsekwentny. Zgodził się na dominującą rolę partii komunistycznej, byle w jej polsko–katolickim wydaniu".
Józef Mackiewicz
"Zjawiska społeczne są NIE-OD-WRA-CAL-NE".
Stanisław Ignacy Witkiewicz
„Polacy przełkną każde gówno, byle ładnie opakowane”
Klaudiusz Wesołek
Czy powinno się mieć pretensje do zsowietyzowanego społeczeństwa, za to, że jest właśnie zsowietyzowane? Że wegetuje w stanie śmierci duchowej? I w związku z tym reaguje i dokonuje wyborów takich, jak chcą tego sowieccy programiści nastrojów mas?
Instytucjonalna sowietyzacja naszego narodu zaczęła się oczywiście od 1944 r. Jej pierwsza faza była brutalna. Polegała na wytropieniu, zmuszeniu do upokarzającej współpracy z okupantem lub fizycznej eliminacji wszystkich ludzi pozostających wiernymi instytucjom, władzom i duchowi Wolnej Polski, zamordowanej przez działających wspólnie i w porozumieniu Niemców i Sowietów. Przy czym pierwszeństwo w tym mordzie rytualnym należy się Sowietom właśnie, mimo, że to Niemcy owego „pięknego lata” napadli nas chronologicznie wcześniej. Nie napadli by nas jednak, gdyby nie towarzysz Stalin i jego plany podpalenia Europy w celu eksportu rewolucji na Zachód. Co najważniejsze – to właśnie towarzysz Stalin „wywindował” hitlerowskie „bydlę na piedestał”, czyli kanclerski stołek w Niemczech. Zakazując niemieckim komunistom wchodzenia w sojusz z socjaldemokratami, którzy byli dla Kremla gorsi od narodowych socjalistów Hitlera, umożliwił tym ostatnim przejęcie władzy w parlamencie. Podżegacz wojenny – Hitler był ciekawszym osobnikiem dla Sowietów niż, słaba, pacyfistycznie nastawiona, skapcaniała socjaldemokracja, która nawet rewolucji porządnie zrobić nie potrafi. A właściwie nie chce. Tymczasem rewolucja była celem. A zatem Stalin wywindował Hitlera, a ten rozpoczął dzieło zniszczenia w naszej ojczyźnie. Po latach niemieckiej okupacji, mordowania elit, wywłaszczania narodu, rabunkowej gospodarki, na ziemie centralnej i zachodniej Polski wkroczyli sowieci, którzy mieli już ułatwione zadanie w dziele sowietyzacji. Zmęczone społeczeństwo stawiało właściwie niewielki opór. Gdyby nie postawa takich jednostek jak słynny Łupaszko, można by mówić wręcz o spektakularnej klęsce przed nowym okupantem. Tak niewielu ocaliło honor Wolnej Polski w morzu obojętności…
I niestety honoru tego nie ratowała też hierarchia kościelna, która dosyć łatwo uległa pokusie współpracy z sowieckim okupantem w nadziei, że będzie łagodnie wyrywał paznokcie i bezboleśnie strzelał w potylicę. 14 kwietnia 1950 r. hierarchia kościelna z prymasem Wyszyńskim na czele, podpisała, jako pierwsza (!) w bloku komunistycznym porozumienie z komunistami. Było to w czasie, gdy w lasach dogorywała jeszcze niepodległościowa partyzantka, gdy prawdziwi bohaterowie ginęli w ubecko – enkawudowskich łapankach, a jeden z największych bohaterów nowożytnych dziejów Polski – rotmistrz Pilecki stał się ofiarą sowieckiego pokazowego „mordu sądowego”. Większość nazywa postawę polskich biskupów z owych lat „realizmem politycznym”. Ja pozostaję przy innym słowie. Tym na „z”.
Trudno zatem winić całe społeczeństwo, skoro jego ojcowie, głowy powołane na swe urzędy, aby go prowadzić błądziły w ocenie rzeczywistości w jakiej przyszło im działać. A że błądziły, o tym świadczy m.in. wypowiedź prymasa Wyszyńskiego: „Kościół zawsze stał na stanowisku rzeczywistości i realizmu; rozmawiał z każdym państwem, które chciało z nim rozmawiać. Rozmawia, więc w Polsce i z państwem komunistycznym. To nie koniunktura na miesiąc czy rok. To zasada”. W zdaniu tym zawarty jest jeden podstawowy błąd myślowy, błąd który zagnieździł się w umysłach elit jeszcze w latach II RP. Błąd na który zwracali wielokrotnie uwagę: Marian Zdziechowski, Leon Kozłowski czy najostrzej Józef Mackiewicz. „Państwo komunistyczne”, nie jest normalnym państwem, z którym można rozmawiać tak jak rozmawia się z państwem demokratycznym czy monarchią. Jest tworem mafijnym, gangsterskim, na którego czele stoi szajka przestępców, których celem jest sowietyzacja podbitego społeczeństwa, stworzenie „człowieka nowego typu”, którego wykorzysta się następnie do eksportu rewolucji proletariackiej dalej. Ta mafia u władzy nie respektuje żadnych zasad. Każde porozumienie zawiera tylko taktycznie, aby wyrzucić je do kosza, gdy tylko przyjdzie nowy etap dziejowy. Ta mafia nie zna honoru i innych przestarzałych, „burżuazyjnych” wymysłów. Sam prymas Wyszyński przekonał się o tym bardzo szybko, gdy komuniści porzucili porozumienie, a jego samego w 1953 r. internowali. Mimo tego nauka poszła w las. W 1956 r. prymas Wyszyński wypuszczony przez komunistów bierze udział w kolejnej sowieckiej szopce – staje po stronie „polskiego października” i nowego sekretarza Władysława Gomułki, nakłania Polaków do pójścia na wybory i głosowania „bez skreśleń”. Tak narodziła się swego rodzaju świecko – kościelna tradycja „świętowania demokracji”, reaktywowana później przez komunistów i hierarchów w 1989 r. gdy rodziła się „chwalebna i sławetna” transformacja ustrojowa. I tak trwa do dziś.
A zatem czy można mieć pretensje do ciała, któremu odrąbano głowę, że dygocze jak galareta w śmiertelnych konwulsjach, stając się już tylko korpusem? Truizmem jest stwierdzenie, że pozbawienie narodu elit, tchórzostwo tych, którzy pozostali, ale wybierają „realizm polityczny” oraz regularne ogłupianie go przez „elity” zastępcze, które świadomie i z premedytacją kłamią i manipulują, powoduje że można z nim zrobić co się chce. Że, cytując wspomnianego wyżej Klaudiusza Wesołka, można mu ładnie zapakować ekskrementy i kazać przełknąć, a on to zrobi, jednocześnie wychwalając swoją władzę pod niebiosa i opluwając rytualnie jej wrogów podczas „seansów nienawiści”.
Nie jesteśmy zupełnie pozbawieni elit, ludzi, którzy swoją postawą zaświadczają o przywiązaniu do idei wolności narodu. Taka osobą była niewątpliwie Anna Walentynowicz. Takimi osobami są np. jej koledzy z Wolnych Związków Zawodowych: Andrzej Gwiazda czy Krzysztof Wyszkowski. Niestety nawet tak szlachetne postaci ulegały lub ulegają myśleniu życzeniowemu w stosunku do panującego systemu neosowieckiego. Może ta konstatacja nie obejmuje Andrzeja Gwiazdy, który pozostaje na całkowitym marginesie życia publicznego, ale już Krzysztof Wyszkowski ulegał takim omamom w okresie rodzenia się „sławetnej itd.” transformacji ustrojowej, gdy zaangażował się (podobnie jak bracia Kaczyńscy) w „wywindowanie” innego… ten tego… osobnika na wysoki urząd w PRL – bis, a mianowicie Lecha Wałęsy, znanego w pewnych kręgach jako… itd. Całe Wolne Związki Zawodowe powstałe po 1976 r. w PRL nr 1 były częścią sowieckiej manipulacji. W 1976 r. właśnie podpisano w Helsinkach Akt Końcowy Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, w wyniku którego strona sowiecka miała tolerować na swoim terenie istnienie „opozycji demokratycznej” w zamian za nieustającą pomoc Zachodu w utrzymywaniu sowieckich porządków w tej części Europy. Grono szlachetnych ludzi, wierzących w swoje ideały, stało się elementem sowieckiej strategii przygotowania gruntu pod operację zatytułowaną „upadek komunizmu”. Ktoś po prostu musiał to uwiarygodnić przed światem, a śmietankę spijali później takie… ten tego… osobniki jak Lech Wałęsa właśnie. Krzysztof Wyszkowski zorientowawszy się po 1989 r. „o co toczy się gra” i nagłaśniający to publicznie został zmarginalizowany i pozostaje na marginesie do dziś. Ale ten sam Krzysztof Wyszkowski nie uległby żadnym „transformacyjnym” omamom, gdyby do serca i co ważniejsze rozumu, podobnie jak inni szlachetni bojownicy o demokrację, wziął sobie słowa Józefa Mackiewicza, który w żadne „transformacje” komunizmu, ani pokojowe oddawania „raz zdobytej władzy” nigdy nie uwierzył. Niestety, nad czym ubolewam od pewnego czasu, pisarstwo Mackiewicza oraz innych antykomunistycznych pisarzy jest w Polsce, nawet jeśli pobieżnie znane to nie przyswojone. Stąd kolejne błędy tzw. prawicy.
Perfidia sowieckich zarządców polską masą upadłościową nie skończyła się oczywiście po operacji roku 1989. Trwa w najlepsze do dziś. Jej efektem jest nie tylko ostatni znakomity wynik Ruchu Palikota, ale także sprawa smoleńskiej tragedii. W systemie sowieckim zarządza się nastrojami społecznymi poprzez kryzys. Oraz znaną już starożytnym zasadę „dziel i rządź”. Podzielenie społeczeństwa, skłócenie go, napuszczanie jednych grup na drugie jest normą. Było wykorzystywane jeszcze przez carów. A sowieci doprowadzili tę metodę do perfekcji. Po raz kolejny ta cześć społeczeństwa, która myśli patriotycznie i niepodległościowo wpuszczona została w kanał czegoś, co złośliwie można by nazwać przemysłem smoleńskim. No może słowo przemysł jest tu zbyt poważne. Raczej manufakturę smoleńską. Oczywiste jest, że katastrofa samolotu z prezydencką delegacją budzi wątpliwości i można domniemywać, że mieliśmy do czynienia z zamachem. Oczywiste jest, że należy zbadać wszelkie okoliczności i ukarać winnych czy to zamachu czy karygodnego zaniedbania, w przypadku gdyby zamach jednak nie miał miejsca. Ale że wszystkie ewentualne ślady zamachu, wszelkie dowody zostały już dawno zamiecione pod sowiecki dywan, prawdy nie poznamy chyba nigdy, podobnie jak prawdy o zamachu w Gibraltarze z 1943 r. I to właśnie jest najlepszym elementem rozgrywania polskiego społeczeństwa przez sowieckich zarządców. Ten chaos informacyjny pozwala na stałe ingerowanie w nastroje społeczne. Wykreowanie nowych, szczerze, mniej lub bardziej, patriotycznie nastawionych środowisk, które w przyszłości mogą stać się zarzewiem nowych partii, gdyby siła PiS –u jednak uległa osłabieniu. Nawet gdyby katastrofy pod Smoleńskiem nie było, z punktu widzenia sowietów i ich interesów, należałoby ją wymyślić. Patriotów, bowiem, nie znających Mackiewicza nie brakuje, tak jak nie brakowało ich za tzw. pierwszej Solidarności…
Józef Piłsudski szykując się do walki o niepodległość nie liczył na całe ówczesne społeczeństwo. Wiedział, że większości nie da się przekonać. Że będzie tkwić w starych formach rozbiorowego zniewolenia. Do walki szykował się z niewielką grupą swoich wychowanków, pierwsza kadrową, która miała stać się zarzewiem nowego społeczeństwa. Jego elitą. Głową. Ich czyn – walka zbrojna, miał dać początek nowemu. W walce miały ukształtować się nowe charaktery. I my dziś również potrzebujemy nowej kompanii kadrowej, która mając świadomość konieczności walki, walki nawet zbrojnej, stanie się zaczynem nowej elity. Która nie rozpocznie swej drogi od przebierania nogami do zajmowania posad w neosowieckich instytucjach. Która gotowa będzie na ofiarę. Odrzuci kuszenie, już nie „samogonnych Mefistów”, ale eleganckich, dobrze ubranych i jeżdżących najlepszymi samochodami nowoczesnych komisarzy politycznych. Która obudzi zniewolonego idealnie ducha i przywróci drgającemu nerwowo korpusowi głowę. I „powróci do słowa”, które pozostawili nam antykomuniści w rodzaju Mackiewicza.
posyłał w teren wnuczęta Aurory
chłopców o twarzach ziemniaczanych
bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach”
Zbigniew Herbert
„Niewątpliwie, ruch Solidarności w PRL nie był nigdy dążącym do obalenia komunizmu, lecz do ulepszenia go. Poprawienia, zarówno warunków ekonomicznych, jak i społecznych. – Więcej chleba i wolności! Był w tym konsekwentny. Zgodził się na dominującą rolę partii komunistycznej, byle w jej polsko–katolickim wydaniu".
Józef Mackiewicz
"Zjawiska społeczne są NIE-OD-WRA-CAL-NE".
Stanisław Ignacy Witkiewicz
„Polacy przełkną każde gówno, byle ładnie opakowane”
Klaudiusz Wesołek
Czy powinno się mieć pretensje do zsowietyzowanego społeczeństwa, za to, że jest właśnie zsowietyzowane? Że wegetuje w stanie śmierci duchowej? I w związku z tym reaguje i dokonuje wyborów takich, jak chcą tego sowieccy programiści nastrojów mas?
Instytucjonalna sowietyzacja naszego narodu zaczęła się oczywiście od 1944 r. Jej pierwsza faza była brutalna. Polegała na wytropieniu, zmuszeniu do upokarzającej współpracy z okupantem lub fizycznej eliminacji wszystkich ludzi pozostających wiernymi instytucjom, władzom i duchowi Wolnej Polski, zamordowanej przez działających wspólnie i w porozumieniu Niemców i Sowietów. Przy czym pierwszeństwo w tym mordzie rytualnym należy się Sowietom właśnie, mimo, że to Niemcy owego „pięknego lata” napadli nas chronologicznie wcześniej. Nie napadli by nas jednak, gdyby nie towarzysz Stalin i jego plany podpalenia Europy w celu eksportu rewolucji na Zachód. Co najważniejsze – to właśnie towarzysz Stalin „wywindował” hitlerowskie „bydlę na piedestał”, czyli kanclerski stołek w Niemczech. Zakazując niemieckim komunistom wchodzenia w sojusz z socjaldemokratami, którzy byli dla Kremla gorsi od narodowych socjalistów Hitlera, umożliwił tym ostatnim przejęcie władzy w parlamencie. Podżegacz wojenny – Hitler był ciekawszym osobnikiem dla Sowietów niż, słaba, pacyfistycznie nastawiona, skapcaniała socjaldemokracja, która nawet rewolucji porządnie zrobić nie potrafi. A właściwie nie chce. Tymczasem rewolucja była celem. A zatem Stalin wywindował Hitlera, a ten rozpoczął dzieło zniszczenia w naszej ojczyźnie. Po latach niemieckiej okupacji, mordowania elit, wywłaszczania narodu, rabunkowej gospodarki, na ziemie centralnej i zachodniej Polski wkroczyli sowieci, którzy mieli już ułatwione zadanie w dziele sowietyzacji. Zmęczone społeczeństwo stawiało właściwie niewielki opór. Gdyby nie postawa takich jednostek jak słynny Łupaszko, można by mówić wręcz o spektakularnej klęsce przed nowym okupantem. Tak niewielu ocaliło honor Wolnej Polski w morzu obojętności…
I niestety honoru tego nie ratowała też hierarchia kościelna, która dosyć łatwo uległa pokusie współpracy z sowieckim okupantem w nadziei, że będzie łagodnie wyrywał paznokcie i bezboleśnie strzelał w potylicę. 14 kwietnia 1950 r. hierarchia kościelna z prymasem Wyszyńskim na czele, podpisała, jako pierwsza (!) w bloku komunistycznym porozumienie z komunistami. Było to w czasie, gdy w lasach dogorywała jeszcze niepodległościowa partyzantka, gdy prawdziwi bohaterowie ginęli w ubecko – enkawudowskich łapankach, a jeden z największych bohaterów nowożytnych dziejów Polski – rotmistrz Pilecki stał się ofiarą sowieckiego pokazowego „mordu sądowego”. Większość nazywa postawę polskich biskupów z owych lat „realizmem politycznym”. Ja pozostaję przy innym słowie. Tym na „z”.
Trudno zatem winić całe społeczeństwo, skoro jego ojcowie, głowy powołane na swe urzędy, aby go prowadzić błądziły w ocenie rzeczywistości w jakiej przyszło im działać. A że błądziły, o tym świadczy m.in. wypowiedź prymasa Wyszyńskiego: „Kościół zawsze stał na stanowisku rzeczywistości i realizmu; rozmawiał z każdym państwem, które chciało z nim rozmawiać. Rozmawia, więc w Polsce i z państwem komunistycznym. To nie koniunktura na miesiąc czy rok. To zasada”. W zdaniu tym zawarty jest jeden podstawowy błąd myślowy, błąd który zagnieździł się w umysłach elit jeszcze w latach II RP. Błąd na który zwracali wielokrotnie uwagę: Marian Zdziechowski, Leon Kozłowski czy najostrzej Józef Mackiewicz. „Państwo komunistyczne”, nie jest normalnym państwem, z którym można rozmawiać tak jak rozmawia się z państwem demokratycznym czy monarchią. Jest tworem mafijnym, gangsterskim, na którego czele stoi szajka przestępców, których celem jest sowietyzacja podbitego społeczeństwa, stworzenie „człowieka nowego typu”, którego wykorzysta się następnie do eksportu rewolucji proletariackiej dalej. Ta mafia u władzy nie respektuje żadnych zasad. Każde porozumienie zawiera tylko taktycznie, aby wyrzucić je do kosza, gdy tylko przyjdzie nowy etap dziejowy. Ta mafia nie zna honoru i innych przestarzałych, „burżuazyjnych” wymysłów. Sam prymas Wyszyński przekonał się o tym bardzo szybko, gdy komuniści porzucili porozumienie, a jego samego w 1953 r. internowali. Mimo tego nauka poszła w las. W 1956 r. prymas Wyszyński wypuszczony przez komunistów bierze udział w kolejnej sowieckiej szopce – staje po stronie „polskiego października” i nowego sekretarza Władysława Gomułki, nakłania Polaków do pójścia na wybory i głosowania „bez skreśleń”. Tak narodziła się swego rodzaju świecko – kościelna tradycja „świętowania demokracji”, reaktywowana później przez komunistów i hierarchów w 1989 r. gdy rodziła się „chwalebna i sławetna” transformacja ustrojowa. I tak trwa do dziś.
A zatem czy można mieć pretensje do ciała, któremu odrąbano głowę, że dygocze jak galareta w śmiertelnych konwulsjach, stając się już tylko korpusem? Truizmem jest stwierdzenie, że pozbawienie narodu elit, tchórzostwo tych, którzy pozostali, ale wybierają „realizm polityczny” oraz regularne ogłupianie go przez „elity” zastępcze, które świadomie i z premedytacją kłamią i manipulują, powoduje że można z nim zrobić co się chce. Że, cytując wspomnianego wyżej Klaudiusza Wesołka, można mu ładnie zapakować ekskrementy i kazać przełknąć, a on to zrobi, jednocześnie wychwalając swoją władzę pod niebiosa i opluwając rytualnie jej wrogów podczas „seansów nienawiści”.
Nie jesteśmy zupełnie pozbawieni elit, ludzi, którzy swoją postawą zaświadczają o przywiązaniu do idei wolności narodu. Taka osobą była niewątpliwie Anna Walentynowicz. Takimi osobami są np. jej koledzy z Wolnych Związków Zawodowych: Andrzej Gwiazda czy Krzysztof Wyszkowski. Niestety nawet tak szlachetne postaci ulegały lub ulegają myśleniu życzeniowemu w stosunku do panującego systemu neosowieckiego. Może ta konstatacja nie obejmuje Andrzeja Gwiazdy, który pozostaje na całkowitym marginesie życia publicznego, ale już Krzysztof Wyszkowski ulegał takim omamom w okresie rodzenia się „sławetnej itd.” transformacji ustrojowej, gdy zaangażował się (podobnie jak bracia Kaczyńscy) w „wywindowanie” innego… ten tego… osobnika na wysoki urząd w PRL – bis, a mianowicie Lecha Wałęsy, znanego w pewnych kręgach jako… itd. Całe Wolne Związki Zawodowe powstałe po 1976 r. w PRL nr 1 były częścią sowieckiej manipulacji. W 1976 r. właśnie podpisano w Helsinkach Akt Końcowy Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, w wyniku którego strona sowiecka miała tolerować na swoim terenie istnienie „opozycji demokratycznej” w zamian za nieustającą pomoc Zachodu w utrzymywaniu sowieckich porządków w tej części Europy. Grono szlachetnych ludzi, wierzących w swoje ideały, stało się elementem sowieckiej strategii przygotowania gruntu pod operację zatytułowaną „upadek komunizmu”. Ktoś po prostu musiał to uwiarygodnić przed światem, a śmietankę spijali później takie… ten tego… osobniki jak Lech Wałęsa właśnie. Krzysztof Wyszkowski zorientowawszy się po 1989 r. „o co toczy się gra” i nagłaśniający to publicznie został zmarginalizowany i pozostaje na marginesie do dziś. Ale ten sam Krzysztof Wyszkowski nie uległby żadnym „transformacyjnym” omamom, gdyby do serca i co ważniejsze rozumu, podobnie jak inni szlachetni bojownicy o demokrację, wziął sobie słowa Józefa Mackiewicza, który w żadne „transformacje” komunizmu, ani pokojowe oddawania „raz zdobytej władzy” nigdy nie uwierzył. Niestety, nad czym ubolewam od pewnego czasu, pisarstwo Mackiewicza oraz innych antykomunistycznych pisarzy jest w Polsce, nawet jeśli pobieżnie znane to nie przyswojone. Stąd kolejne błędy tzw. prawicy.
Perfidia sowieckich zarządców polską masą upadłościową nie skończyła się oczywiście po operacji roku 1989. Trwa w najlepsze do dziś. Jej efektem jest nie tylko ostatni znakomity wynik Ruchu Palikota, ale także sprawa smoleńskiej tragedii. W systemie sowieckim zarządza się nastrojami społecznymi poprzez kryzys. Oraz znaną już starożytnym zasadę „dziel i rządź”. Podzielenie społeczeństwa, skłócenie go, napuszczanie jednych grup na drugie jest normą. Było wykorzystywane jeszcze przez carów. A sowieci doprowadzili tę metodę do perfekcji. Po raz kolejny ta cześć społeczeństwa, która myśli patriotycznie i niepodległościowo wpuszczona została w kanał czegoś, co złośliwie można by nazwać przemysłem smoleńskim. No może słowo przemysł jest tu zbyt poważne. Raczej manufakturę smoleńską. Oczywiste jest, że katastrofa samolotu z prezydencką delegacją budzi wątpliwości i można domniemywać, że mieliśmy do czynienia z zamachem. Oczywiste jest, że należy zbadać wszelkie okoliczności i ukarać winnych czy to zamachu czy karygodnego zaniedbania, w przypadku gdyby zamach jednak nie miał miejsca. Ale że wszystkie ewentualne ślady zamachu, wszelkie dowody zostały już dawno zamiecione pod sowiecki dywan, prawdy nie poznamy chyba nigdy, podobnie jak prawdy o zamachu w Gibraltarze z 1943 r. I to właśnie jest najlepszym elementem rozgrywania polskiego społeczeństwa przez sowieckich zarządców. Ten chaos informacyjny pozwala na stałe ingerowanie w nastroje społeczne. Wykreowanie nowych, szczerze, mniej lub bardziej, patriotycznie nastawionych środowisk, które w przyszłości mogą stać się zarzewiem nowych partii, gdyby siła PiS –u jednak uległa osłabieniu. Nawet gdyby katastrofy pod Smoleńskiem nie było, z punktu widzenia sowietów i ich interesów, należałoby ją wymyślić. Patriotów, bowiem, nie znających Mackiewicza nie brakuje, tak jak nie brakowało ich za tzw. pierwszej Solidarności…
Józef Piłsudski szykując się do walki o niepodległość nie liczył na całe ówczesne społeczeństwo. Wiedział, że większości nie da się przekonać. Że będzie tkwić w starych formach rozbiorowego zniewolenia. Do walki szykował się z niewielką grupą swoich wychowanków, pierwsza kadrową, która miała stać się zarzewiem nowego społeczeństwa. Jego elitą. Głową. Ich czyn – walka zbrojna, miał dać początek nowemu. W walce miały ukształtować się nowe charaktery. I my dziś również potrzebujemy nowej kompanii kadrowej, która mając świadomość konieczności walki, walki nawet zbrojnej, stanie się zaczynem nowej elity. Która nie rozpocznie swej drogi od przebierania nogami do zajmowania posad w neosowieckich instytucjach. Która gotowa będzie na ofiarę. Odrzuci kuszenie, już nie „samogonnych Mefistów”, ale eleganckich, dobrze ubranych i jeżdżących najlepszymi samochodami nowoczesnych komisarzy politycznych. Która obudzi zniewolonego idealnie ducha i przywróci drgającemu nerwowo korpusowi głowę. I „powróci do słowa”, które pozostawili nam antykomuniści w rodzaju Mackiewicza.
poniedziałek, 10 października 2011
Zwycięstwo demokratycznej prowokacji
Czyli garść truizmów w wykonaniu dezertera z demokratycznego frontu
„Prawda jest bolesna, ale głupio byłoby nie spojrzeć jej w oczy”
Józef Mackiewicz
„Reakcjonista nie pisze, aby kogokolwiek przekonać. Po prostu przekazuje swym przyszłym wspólnikom akta świętego sporu”
Nicolas Gomez Davila
„W zamian w tej ziemi nam mogiła…”
Jacek Kaczmarski
Leminggrad obchodził kolejne „święto demokracji”. Demokracja, jak zwykle, zwyciężyła. Interesy sowieckie w naszej tranzytowej republice buraczanej zabezpieczone zostały na kolejne cztery lata. Ale oprócz „starych neobolszewików” w postaci Platformy, zielonych czerwonych ze spółdzielni o skrócie PSL czy sprawdzonych towarzyszy z byłego PZPR, do Gadalni RP wejdzie też Ruch Poparcia Dewiacji Wszelakich Janusza Palikota.
A zatem towarzysze generałowie z formacji „nieznanych sprawców” poza zabezpieczeniem interesów czekistów z Kremla na naszym terytorium, postanowili na serio pobawić się nastrojami wśród tubylczej ludności i wypróbować jak w naszych warunkach przyjmie się zorganizowana politycznie formacja dewiantów. Eksperyment udał się wybornie! Nasze (nazwijmy je roboczo „naszym”) społeczeństwo jest gotowe na wybieranie sobie zboczeńców, chamów i degeneratów jako swoich przedstawicieli do izby ustawodawczej, czyli przypomnijmy maturzystom: organu (nomen omen), który ma (przynajmniej teoretycznie, bo jak jest naprawdę o tym niżej) stanowić prawo w naszym (nazwijmy je tak roboczo) kraju. Celowo piszę „kraj”, albowiem o naszym „państwie” możemy pisać i mówić w odniesieniu do lat 1918 – 1939. Po tym czasie polskiego państwa nie było. Nie licząc oczywiście państwa podziemnego w latach okupacji oraz funkcjonujących po II wojnie instytucji na uchodźstwie do momentu niefortunnego przekazania insygniów władzy przez ostatniego legalnego prezydenta RP Ryszarda Kaczorowskiego, wybranemu „demokratycznie” na ten urząd w tworzącym się PRL - bis Lechowi Wałęsie, znanemu w pewnych kręgach jako TW”Bolek”. Wkroczyliśmy więc w nowy etap naszej chwalebnej i sławetnej (oraz oczywiście pokojowej) „transformacji ustrojowej”, kiedy to o jakości tubylczego prawa stanowić będzie nowa awangarda rewolucji – sodomici.
Oczywiście to nie Gadalnia ustanawia prawa, ona je tylko zatwierdza, gdyż strategiczne decyzje podejmowane są z tylnego siedzenia przez kolektywne kierownictwo (zgodnie ze wskazaniami Lenina) generałów z formacji „nieznanych sprawców”.
Jak zatem wygląda obecna sytuacja naszego nieszczęśliwego kraju? Nie mamy własnego państwa. W roku 1989 podczas wspólnej konsumpcji wódki i zagrychy w ośrodku MSW w Magdalence komunistyczne służby wespół z wyselekcjonowaną jeszcze w czasach stanu wojennego opozycją przepoczwarzyli PRL w nowy państwowopodobny twór, który dla uwiarygodnienia eksperymentu przed światem nazwano III RP. Przystąpiono do tworzenia partii politycznych, które miałyby nadać owemu neosowiekiemu golemowi ducha. Po ostatnich wyborach skład parlamentu przedstawia się podobnie jak poprzednio. Interesów sowieckich pilnują PO, PSL, SLD oraz nowy eksperyment generałów – Ruch Poparcia Dewiacji. Być może dla jego wyborczego sukcesu oczyszczono przedpole poprzez likwidację innego sowieckiego tworu – Andrzeja Leppera, który jak to stwierdzili pamiętni eksperci z filmu Barei „Brunet wieczorową porą”, podobnie jak formuła klasycznego westernu „przeżył samego siebie” i stał się zawadą dla formuły nowej. Być może również dlatego Państwowa Komisja Wyborcza nie zarejestrowała komitetu wyborczego Janusza Korwin – Mikkego. Jeden wariat do robienia szumu w sejmie na obecnym etapie dziejowym wystarczy. Pozostaje PiS jako koncesjonowana opozycja, która robi za listek figowy, aby w świat poszła wiadomość, że w tubylczym kraju przestrzega się reguł demokracji i zapewnia byt inaczej myślącym dinozaurom, które dość opornie wymierają.
W chwili przypływu optymizmu pocieszam się myślą, że wyniki wyborów mogły zostać sfałszowane i to nie polskie (polskojęzyczne) społeczeństwo „wywindowało to bydlę na piedestał” (że zacytuję innego klasyka – Żorża Ponimirskiego) tylko wspomniani generałowie. Jednakże optymizm szybko mija i wracam do pesymistycznego pionu, który mówi mi, że polskojęzyczne społeczeństwo jest już na tyle gotowe, aby samodzielnie, bez ingerencji „szatanów” oddać cześć Złotemu Peniso… o pardon! – Złotemu Cielcowi. Po prostu proces schamienia i prymitywizacji tubylców zaszedł tak głęboko (jak pomyślę o niektórych kandydatach Ruchu Dewiacji to dreszcz mnie ogarnia jak głęboko?), że generałowie z formacji „nieznanych sprawców” mogą wypuścić swoją nową, wypudrowaną lalkę na miasto bez obaw. O postępie w schamieniu mogliśmy się przekonać rok temu na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, kiedy to rządzący naszym nieszczęśliwym krajem z tylnego siedzenia bezpieczniacy zorganizowali inscenizację fragmentu „Nie boskiej komedii” Krasińskiego i napuścili na modlących się pod krzyżem smoleńskim ludzi, hordę pijanej dziczy, która zakłócała modlitwy. Wtedy to rozpoznawano bojem na ile można sobie z tubylcami pozwolić oraz umiejętnie eksperymentowano nastrojami społecznymi, szykując się zapewne do realizacji nowego „prodżektu” politycznego, czyli owego Ruchu Poparcia Dewiacji Wszelakich.
Kolejne wybory nie umożliwiły nam (czyli myślącej niepodległościowo mniejszości dinozaurów) zatem procesu wybijania się na suwerenność. Pytanie oczywiście czy wygrana PiS – w takiej walce, a raczej, bezpieczniackiej ustawce wyborczej, przydałaby sukcesu. Na pytanie takie odpowiedział już dawno, dawno temu, w bardzo odległej galaktyce, enfant terrible polskiej (nazwijmy ją tak roboczo) prawicy – cytowany już wyżej, Józef Mackiewicz pisząc: „Tak jak rzeczy polityczne stoją dziś - nie istnieje, praktycznie „polska droga” do wyzwolenia, do niepodległości. W odróżnieniu od istniejącej „polskiej drogi do socjalizmu”. Proklamowana już przez Lenina w założeniach Narodowego NEPu, istniała właściwie od początku rewolucji teoretycznie, a od r. 1945 praktycznie. Z małymi taktycznymi odchyleniami trwa do dnia dzisiejszego[…] Natomiast „własna droga do wyzwolenia” spod komunistycznego panowania istnieć nie może, gdyż pojedynczy naród bloku komunistycznego nie jest w stanie wyzwolić się spod komunizmu o własnych siłach. A nawet samo mechaniczne oderwanie od bezpośredniej władzy czerwonej Moskwy, czy wysiłki w tym kierunku, wcale nie gwarantują wyzwolenia z ustroju komunistycznego. Jak tego klasycznym przykładem jest samodzielność komunistycznej Jugosławii czy Albanii, lub próby Rumunii, gdzie ucisk człowieka pozostaje ten sam albo większy niż w Rosji; wreszcie Chin, gdzie zniewolenie człowieka jest największe. Istnieć może tylko „wspólna droga” do wyzwolenia poprzez wspólne zniszczenie komunizmu światowego. Pod tym mianem rozumiem fenomen, który zapanował od 1917 r. w Rosji, a dziś opanowuje już blisko pół kuli ziemskiej. Nie własny nacjonalizm zatem, lecz internacjonalizm; nie poszczególne „narodówki”, tylko antykomunistyczna międzynarodówka byłaby - moim zdaniem - jedynie w stanie obalić komunistyczną międzynarodówkę”.
Przytaczam ten cytat po raz kolejny, albowiem dobrych cytatów nigdy za dużo, a poza tym dorobek Mackiewicza w opisaniu bolszewickiej perfidii jest notorycznie przez polską (wciąż nazwa robocza) prawicową publicystykę, śmiem twierdzić, z premedytacją pomijany. Pomijany, bowiem jeśli przyjąć tezy Mackiewicza za słuszne, to wówczas wszelkie wybory w PRL – bis należy uznać za pic na wodę i fotomontaż. A tego zastępy przebierających nogami do posad w Gadalni RP by nie zniosły. Bo cóż, zatem pozostaje?
Ganianie z wiatrówką po lesie, jak powiedział pewien mój dobry znajomy. W domyśle – przygotowywanie się na walkę zbrojną z bolszewikami, która byłaby skuteczna w naszych warunkach geopolitycznych tylko w oparciu o pomoc z wolnego (już coraz mniej niestety) świata Zachodu. A i nawet taka partyzantka musiałaby szkolić się gdzieś w, dajmy na to, Arizonie, albo innym Teksasie, albowiem tu na miejscu od razu byłaby wyłapana przez neosowieckie służby, albo wręcz przez nie założona jak większość partii i stowarzyszeń. Tymczasem pisowski listek figowy (znaczy się obóz polityczny) nie jest w stanie nawet zapewnić bezpieczeństwa własnemu zapleczu, bo jak wytłumaczyć fakt powierzenia losu prezydenckiej delegacji, która pewnego kwietniowego dnia wyleciała z Okęcia do Smoleńska, neosowieckim, polsko i rosyjskojęzycznym, służbom bezpieczeństwa. Skoro nie zapewniono wtedy bezpieczeństwa tak ważnym i prominentnym osobom, zdając się na łaskę, a raczej niełaskę ubeków, to jak w takim razie teraz PiS chce skutecznie podjąć działania na rzecz odzyskania przez nasz kraj suwerenności państwowej? Zwłaszcza, jeśli, niczym barejowski towarzysz Winnicki „z góry akceptuje ustalenia waszego kolektywu”, czyli szanuje wynik wyborczy? I czy na drodze do suwerenności rzeczywiście jest nam potrzebny w Warszawie Budapeszt czy raczej „Świt Odyseji”?
„Prawda jest bolesna, ale głupio byłoby nie spojrzeć jej w oczy”
Józef Mackiewicz
„Reakcjonista nie pisze, aby kogokolwiek przekonać. Po prostu przekazuje swym przyszłym wspólnikom akta świętego sporu”
Nicolas Gomez Davila
„W zamian w tej ziemi nam mogiła…”
Jacek Kaczmarski
Leminggrad obchodził kolejne „święto demokracji”. Demokracja, jak zwykle, zwyciężyła. Interesy sowieckie w naszej tranzytowej republice buraczanej zabezpieczone zostały na kolejne cztery lata. Ale oprócz „starych neobolszewików” w postaci Platformy, zielonych czerwonych ze spółdzielni o skrócie PSL czy sprawdzonych towarzyszy z byłego PZPR, do Gadalni RP wejdzie też Ruch Poparcia Dewiacji Wszelakich Janusza Palikota.
A zatem towarzysze generałowie z formacji „nieznanych sprawców” poza zabezpieczeniem interesów czekistów z Kremla na naszym terytorium, postanowili na serio pobawić się nastrojami wśród tubylczej ludności i wypróbować jak w naszych warunkach przyjmie się zorganizowana politycznie formacja dewiantów. Eksperyment udał się wybornie! Nasze (nazwijmy je roboczo „naszym”) społeczeństwo jest gotowe na wybieranie sobie zboczeńców, chamów i degeneratów jako swoich przedstawicieli do izby ustawodawczej, czyli przypomnijmy maturzystom: organu (nomen omen), który ma (przynajmniej teoretycznie, bo jak jest naprawdę o tym niżej) stanowić prawo w naszym (nazwijmy je tak roboczo) kraju. Celowo piszę „kraj”, albowiem o naszym „państwie” możemy pisać i mówić w odniesieniu do lat 1918 – 1939. Po tym czasie polskiego państwa nie było. Nie licząc oczywiście państwa podziemnego w latach okupacji oraz funkcjonujących po II wojnie instytucji na uchodźstwie do momentu niefortunnego przekazania insygniów władzy przez ostatniego legalnego prezydenta RP Ryszarda Kaczorowskiego, wybranemu „demokratycznie” na ten urząd w tworzącym się PRL - bis Lechowi Wałęsie, znanemu w pewnych kręgach jako TW”Bolek”. Wkroczyliśmy więc w nowy etap naszej chwalebnej i sławetnej (oraz oczywiście pokojowej) „transformacji ustrojowej”, kiedy to o jakości tubylczego prawa stanowić będzie nowa awangarda rewolucji – sodomici.
Oczywiście to nie Gadalnia ustanawia prawa, ona je tylko zatwierdza, gdyż strategiczne decyzje podejmowane są z tylnego siedzenia przez kolektywne kierownictwo (zgodnie ze wskazaniami Lenina) generałów z formacji „nieznanych sprawców”.
Jak zatem wygląda obecna sytuacja naszego nieszczęśliwego kraju? Nie mamy własnego państwa. W roku 1989 podczas wspólnej konsumpcji wódki i zagrychy w ośrodku MSW w Magdalence komunistyczne służby wespół z wyselekcjonowaną jeszcze w czasach stanu wojennego opozycją przepoczwarzyli PRL w nowy państwowopodobny twór, który dla uwiarygodnienia eksperymentu przed światem nazwano III RP. Przystąpiono do tworzenia partii politycznych, które miałyby nadać owemu neosowiekiemu golemowi ducha. Po ostatnich wyborach skład parlamentu przedstawia się podobnie jak poprzednio. Interesów sowieckich pilnują PO, PSL, SLD oraz nowy eksperyment generałów – Ruch Poparcia Dewiacji. Być może dla jego wyborczego sukcesu oczyszczono przedpole poprzez likwidację innego sowieckiego tworu – Andrzeja Leppera, który jak to stwierdzili pamiętni eksperci z filmu Barei „Brunet wieczorową porą”, podobnie jak formuła klasycznego westernu „przeżył samego siebie” i stał się zawadą dla formuły nowej. Być może również dlatego Państwowa Komisja Wyborcza nie zarejestrowała komitetu wyborczego Janusza Korwin – Mikkego. Jeden wariat do robienia szumu w sejmie na obecnym etapie dziejowym wystarczy. Pozostaje PiS jako koncesjonowana opozycja, która robi za listek figowy, aby w świat poszła wiadomość, że w tubylczym kraju przestrzega się reguł demokracji i zapewnia byt inaczej myślącym dinozaurom, które dość opornie wymierają.
W chwili przypływu optymizmu pocieszam się myślą, że wyniki wyborów mogły zostać sfałszowane i to nie polskie (polskojęzyczne) społeczeństwo „wywindowało to bydlę na piedestał” (że zacytuję innego klasyka – Żorża Ponimirskiego) tylko wspomniani generałowie. Jednakże optymizm szybko mija i wracam do pesymistycznego pionu, który mówi mi, że polskojęzyczne społeczeństwo jest już na tyle gotowe, aby samodzielnie, bez ingerencji „szatanów” oddać cześć Złotemu Peniso… o pardon! – Złotemu Cielcowi. Po prostu proces schamienia i prymitywizacji tubylców zaszedł tak głęboko (jak pomyślę o niektórych kandydatach Ruchu Dewiacji to dreszcz mnie ogarnia jak głęboko?), że generałowie z formacji „nieznanych sprawców” mogą wypuścić swoją nową, wypudrowaną lalkę na miasto bez obaw. O postępie w schamieniu mogliśmy się przekonać rok temu na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, kiedy to rządzący naszym nieszczęśliwym krajem z tylnego siedzenia bezpieczniacy zorganizowali inscenizację fragmentu „Nie boskiej komedii” Krasińskiego i napuścili na modlących się pod krzyżem smoleńskim ludzi, hordę pijanej dziczy, która zakłócała modlitwy. Wtedy to rozpoznawano bojem na ile można sobie z tubylcami pozwolić oraz umiejętnie eksperymentowano nastrojami społecznymi, szykując się zapewne do realizacji nowego „prodżektu” politycznego, czyli owego Ruchu Poparcia Dewiacji Wszelakich.
Kolejne wybory nie umożliwiły nam (czyli myślącej niepodległościowo mniejszości dinozaurów) zatem procesu wybijania się na suwerenność. Pytanie oczywiście czy wygrana PiS – w takiej walce, a raczej, bezpieczniackiej ustawce wyborczej, przydałaby sukcesu. Na pytanie takie odpowiedział już dawno, dawno temu, w bardzo odległej galaktyce, enfant terrible polskiej (nazwijmy ją tak roboczo) prawicy – cytowany już wyżej, Józef Mackiewicz pisząc: „Tak jak rzeczy polityczne stoją dziś - nie istnieje, praktycznie „polska droga” do wyzwolenia, do niepodległości. W odróżnieniu od istniejącej „polskiej drogi do socjalizmu”. Proklamowana już przez Lenina w założeniach Narodowego NEPu, istniała właściwie od początku rewolucji teoretycznie, a od r. 1945 praktycznie. Z małymi taktycznymi odchyleniami trwa do dnia dzisiejszego[…] Natomiast „własna droga do wyzwolenia” spod komunistycznego panowania istnieć nie może, gdyż pojedynczy naród bloku komunistycznego nie jest w stanie wyzwolić się spod komunizmu o własnych siłach. A nawet samo mechaniczne oderwanie od bezpośredniej władzy czerwonej Moskwy, czy wysiłki w tym kierunku, wcale nie gwarantują wyzwolenia z ustroju komunistycznego. Jak tego klasycznym przykładem jest samodzielność komunistycznej Jugosławii czy Albanii, lub próby Rumunii, gdzie ucisk człowieka pozostaje ten sam albo większy niż w Rosji; wreszcie Chin, gdzie zniewolenie człowieka jest największe. Istnieć może tylko „wspólna droga” do wyzwolenia poprzez wspólne zniszczenie komunizmu światowego. Pod tym mianem rozumiem fenomen, który zapanował od 1917 r. w Rosji, a dziś opanowuje już blisko pół kuli ziemskiej. Nie własny nacjonalizm zatem, lecz internacjonalizm; nie poszczególne „narodówki”, tylko antykomunistyczna międzynarodówka byłaby - moim zdaniem - jedynie w stanie obalić komunistyczną międzynarodówkę”.
Przytaczam ten cytat po raz kolejny, albowiem dobrych cytatów nigdy za dużo, a poza tym dorobek Mackiewicza w opisaniu bolszewickiej perfidii jest notorycznie przez polską (wciąż nazwa robocza) prawicową publicystykę, śmiem twierdzić, z premedytacją pomijany. Pomijany, bowiem jeśli przyjąć tezy Mackiewicza za słuszne, to wówczas wszelkie wybory w PRL – bis należy uznać za pic na wodę i fotomontaż. A tego zastępy przebierających nogami do posad w Gadalni RP by nie zniosły. Bo cóż, zatem pozostaje?
Ganianie z wiatrówką po lesie, jak powiedział pewien mój dobry znajomy. W domyśle – przygotowywanie się na walkę zbrojną z bolszewikami, która byłaby skuteczna w naszych warunkach geopolitycznych tylko w oparciu o pomoc z wolnego (już coraz mniej niestety) świata Zachodu. A i nawet taka partyzantka musiałaby szkolić się gdzieś w, dajmy na to, Arizonie, albo innym Teksasie, albowiem tu na miejscu od razu byłaby wyłapana przez neosowieckie służby, albo wręcz przez nie założona jak większość partii i stowarzyszeń. Tymczasem pisowski listek figowy (znaczy się obóz polityczny) nie jest w stanie nawet zapewnić bezpieczeństwa własnemu zapleczu, bo jak wytłumaczyć fakt powierzenia losu prezydenckiej delegacji, która pewnego kwietniowego dnia wyleciała z Okęcia do Smoleńska, neosowieckim, polsko i rosyjskojęzycznym, służbom bezpieczeństwa. Skoro nie zapewniono wtedy bezpieczeństwa tak ważnym i prominentnym osobom, zdając się na łaskę, a raczej niełaskę ubeków, to jak w takim razie teraz PiS chce skutecznie podjąć działania na rzecz odzyskania przez nasz kraj suwerenności państwowej? Zwłaszcza, jeśli, niczym barejowski towarzysz Winnicki „z góry akceptuje ustalenia waszego kolektywu”, czyli szanuje wynik wyborczy? I czy na drodze do suwerenności rzeczywiście jest nam potrzebny w Warszawie Budapeszt czy raczej „Świt Odyseji”?
poniedziałek, 16 maja 2011
Czy Polacy mogą wybić się na niepodległość? Tej jesieni?
„Tak jak rzeczy polityczne stoją dziś - nie istnieje, praktycznie „polska droga” do wyzwolenia, do niepodległości. W odróżnieniu od istniejącej „polskiej drogi do socjalizmu”. Proklamowana już przez Lenina w założeniach Narodowego NEPu, istniała właściwie od początku rewolucji teoretycznie, a od r. 1945 praktycznie. Z małymi taktycznymi odchyleniami trwa do dnia dzisiejszego[…] Natomiast „własna droga do wyzwolenia” spod komunistycznego panowania istnieć nie może, gdyż pojedynczy naród bloku komunistycznego nie jest w stanie wyzwolić się spod komunizmu o własnych siłach. A nawet samo mechaniczne oderwanie od bezpośredniej władzy czerwonej Moskwy, czy wysiłki w tym kierunku, wcale nie gwarantują wyzwolenia z ustroju komunistycznego. Jak tego klasycznym przykładem jest samodzielność komunistycznej Jugosławii czy Albanii, lub próby Rumunii, gdzie ucisk człowieka pozostaje ten sam albo większy niż w Rosji; wreszcie Chin, gdzie zniewolenie człowieka jest największe. Istnieć może tylko „wspólna droga” do wyzwolenia poprzez wspólne zniszczenie komunizmu światowego. Pod tym mianem rozumiem fenomen, który zapanował od 1917 r. w Rosji, a dziś opanowuje już blisko pół kuli ziemskiej. Nie własny nacjonalizm zatem, lecz internacjonalizm; nie poszczególne „narodówki”, tylko antykomunistyczna międzynarodówka byłaby - moim zdaniem - jedynie w stanie obalić komunistyczną międzynarodówkę”.
Tak w roku 1973 pisał na łamach „Wiadomości” największy polski, a może i światowy, antykomunista, Józef Mackiewicz. Poglądy na sprawy bolszewickie autora „Drogi donikąd” są niby znane ludziom nazywającym się w PRL – u nr 2 „prawicą”. Niby znane, jednakże jak przychodzi, co do czego, to odnoszę wrażenie, że spuścizna intelektualna Mackiewicza odstawiana jest do kąta i zakrywana grubym kocem, albo wkładana do skrzyni niczym pamiątki po przodkach i zakopywana głęboko w ogródku jak broń po przegranej kampanii wrześniowej 1939 r. Tymczasem oręż intelektualny niedocenianego pisarza w walce z komuną, która w całym tzw. byłym bloku wschodnim po roku 1989 ma się dobrze, jest dużego kalibru i nieskorzystanie z niego w tej wojnie jest gorsze niż zbrodnia – jest błędem. Błędem, za który wciąż będziemy płacić wysoką cenę. Tą ceną jest nasze zniewolenie.
Wielkimi krokami zbliżają się kolejne wybory parlamentarne. Dziennikarze, blogerzy, analitycy zawodowi i amatorzy zastanawiają się, który zestaw literek wygra i jakie literki alfabetu stworzą w przyszłości koalicję. No i oczywiście co z tego wyniknie dla ludności zamieszkującej tereny między Odrą a Bugiem. Mnie zastanawia co innego. Czy wewnątrz jedynej partii, mającej realną możliwość odegrania jeszcze ważnej roli na tzw. polskiej scenie politycznej, jest zdeterminowana do zdobycia realnej władzy nad Polską, grupa gotowych na wszystko „szaleńców” Sprawy Polskiej? Czy sekta smoleńska w PiS – ie, bo to ją mam na myśli, jest rzeczywiście czymś w rodzaju Pierwszej Kadrowej, która rzuca „swój życia los na stos” i przygotowuje się do wymarszu z Oleandrów czy to tylko kolejna gra generałów z formacji „nieznanych sprawców”, która z kremlowskiego nadania i wespół z towarzyszami „radzieckimi” sprawuje rolę suwerena nad polska masą upadłościową.
Kto jest suwerenem w państwie? Według Carla Schmitta, autora fundamentalnej „Teologii politycznej”, suwerenem jest ten, kto ma siłę przeprowadzić zamach stanu. W II RP taką siłę miał Józef Piłsudski i jego zaplecze. Kto w obecnej atrapie państwa polskiego jest zdolny przeprowadzić zamach stanu? Niestety nie Jarosław Kaczyński. Nawet z Antonim Macierewiczem i Zbigniewem Zbiorą. W 2007 r. przegrali. W 2010 r. stracili przyczółek prezydencki – ostatni bastion władzy wykonawczej, odstrzelony przez sowietów we mgle smoleńskiej. Pozostały stołeczki w Gadalni Rzeczpospolitej Polskiej, czyli w sejmie. Instytucji potrzebnej partiom tylko po to, aby zapewnić miejsca pracy i immunitet swoim działaczom. Potrzebnej po to, aby łatwiej zaistnieć w „zaprzyjaźnionych”, mniej lub bardziej, telewizjach, dzięki którym można załapać się na następną kadencję. Zarówno w tej dużej Gadalni na Wiejskiej, jak i mniejszych gadalniach w studiach telewizyjnych, posłowie mogą bez reszty oddawać się ględzeniu o niczym, po to, aby elektorat zapamiętał ich twarze i mógł rozpoznać na plakatach podczas kampanii wyborczej na swoim osiedlu. I tak w kółko…
Z kolei taką siłę, jak obserwujemy od pamiętnej nocy czerwcowej w 1992 r., gdy obalano rząd Jana Olszewskiego, mają bolszewiccy generałowie z owej formacji „nieznanych sprawców” oraz ich agentura. Nie wszystkich znamy dobrze z imienia i nazwiska. Wiemy tylko o tych najsławniejszych, których niezawisłe sądy tzw. iii rp za cholerę nie mogą skazać za komunistyczne zbrodnie z lat 1944 – 1989. Oni tymczasem nie tylko są mocniejsi niż sądy czy wszelkie komisje weryfikacyjne, ale nawet dość często sięgają po oręż w walce z wrogami ludu pracującego. Od 1989 r. wszak krew jednostek niepokornych leje się strumieniem, mimo zaklęć różnych, jak mówi pan Grzegorz Braun, łajdaków w sutannach, że „transformacja ustrojowa” była bezkrwawa.
Tymczasem gra toczy się o odzyskanie suwerenności przez Polskę. O odtworzenie naprawdę niepodległego państwa i pognanie sowieckiej agentury tam gdzie jej miejsce. Czy PiS podejmie walkę o te ideały, mimo tak sromotnych klęsk i nieszczęść, jakich doznał do tej pory? Czy tylko zapewni stołeczki w Gadalni dla kolejnych zastępów Poncyliuszy i Kluzik Rostkowskich? I pytanie fundamentalne – czy taka walka o suwerenność jest w ogóle dziś możliwa? Mackiewicz uważał, że od wewnątrz nie da się pokonać bolszewików. Pokonanie bolszewizmu może być możliwe tylko przez koalicję państw wolnych. Antybolszewicką międzynarodówkę. Czy coś takiego istnieje w obecnym świecie? Czy Jarosław Kaczyński i pozostali sekciarze smoleńscy mają zaplecze na zewnątrz sowieckiego bloku? Jeśli nie, to w interesie niepodległej Polski jest, aby nie wygrali jesienią tych wyborów. Po co ładować się w łapy „nieznanych sprawców”, po co fundować sobie trzeci Katyń? Dwa dotychczasowe nam wystarczą. Lepiej czekać w odwodzie do momentu pojawienia się na horyzoncie jakiegoś autentycznego antykomunistycznego Napoleona, który powoła do życia mackiewiczowską międzynarodówkę. Czekajmy na własną „Odyseję świtu”…
Tak w roku 1973 pisał na łamach „Wiadomości” największy polski, a może i światowy, antykomunista, Józef Mackiewicz. Poglądy na sprawy bolszewickie autora „Drogi donikąd” są niby znane ludziom nazywającym się w PRL – u nr 2 „prawicą”. Niby znane, jednakże jak przychodzi, co do czego, to odnoszę wrażenie, że spuścizna intelektualna Mackiewicza odstawiana jest do kąta i zakrywana grubym kocem, albo wkładana do skrzyni niczym pamiątki po przodkach i zakopywana głęboko w ogródku jak broń po przegranej kampanii wrześniowej 1939 r. Tymczasem oręż intelektualny niedocenianego pisarza w walce z komuną, która w całym tzw. byłym bloku wschodnim po roku 1989 ma się dobrze, jest dużego kalibru i nieskorzystanie z niego w tej wojnie jest gorsze niż zbrodnia – jest błędem. Błędem, za który wciąż będziemy płacić wysoką cenę. Tą ceną jest nasze zniewolenie.
Wielkimi krokami zbliżają się kolejne wybory parlamentarne. Dziennikarze, blogerzy, analitycy zawodowi i amatorzy zastanawiają się, który zestaw literek wygra i jakie literki alfabetu stworzą w przyszłości koalicję. No i oczywiście co z tego wyniknie dla ludności zamieszkującej tereny między Odrą a Bugiem. Mnie zastanawia co innego. Czy wewnątrz jedynej partii, mającej realną możliwość odegrania jeszcze ważnej roli na tzw. polskiej scenie politycznej, jest zdeterminowana do zdobycia realnej władzy nad Polską, grupa gotowych na wszystko „szaleńców” Sprawy Polskiej? Czy sekta smoleńska w PiS – ie, bo to ją mam na myśli, jest rzeczywiście czymś w rodzaju Pierwszej Kadrowej, która rzuca „swój życia los na stos” i przygotowuje się do wymarszu z Oleandrów czy to tylko kolejna gra generałów z formacji „nieznanych sprawców”, która z kremlowskiego nadania i wespół z towarzyszami „radzieckimi” sprawuje rolę suwerena nad polska masą upadłościową.
Kto jest suwerenem w państwie? Według Carla Schmitta, autora fundamentalnej „Teologii politycznej”, suwerenem jest ten, kto ma siłę przeprowadzić zamach stanu. W II RP taką siłę miał Józef Piłsudski i jego zaplecze. Kto w obecnej atrapie państwa polskiego jest zdolny przeprowadzić zamach stanu? Niestety nie Jarosław Kaczyński. Nawet z Antonim Macierewiczem i Zbigniewem Zbiorą. W 2007 r. przegrali. W 2010 r. stracili przyczółek prezydencki – ostatni bastion władzy wykonawczej, odstrzelony przez sowietów we mgle smoleńskiej. Pozostały stołeczki w Gadalni Rzeczpospolitej Polskiej, czyli w sejmie. Instytucji potrzebnej partiom tylko po to, aby zapewnić miejsca pracy i immunitet swoim działaczom. Potrzebnej po to, aby łatwiej zaistnieć w „zaprzyjaźnionych”, mniej lub bardziej, telewizjach, dzięki którym można załapać się na następną kadencję. Zarówno w tej dużej Gadalni na Wiejskiej, jak i mniejszych gadalniach w studiach telewizyjnych, posłowie mogą bez reszty oddawać się ględzeniu o niczym, po to, aby elektorat zapamiętał ich twarze i mógł rozpoznać na plakatach podczas kampanii wyborczej na swoim osiedlu. I tak w kółko…
Z kolei taką siłę, jak obserwujemy od pamiętnej nocy czerwcowej w 1992 r., gdy obalano rząd Jana Olszewskiego, mają bolszewiccy generałowie z owej formacji „nieznanych sprawców” oraz ich agentura. Nie wszystkich znamy dobrze z imienia i nazwiska. Wiemy tylko o tych najsławniejszych, których niezawisłe sądy tzw. iii rp za cholerę nie mogą skazać za komunistyczne zbrodnie z lat 1944 – 1989. Oni tymczasem nie tylko są mocniejsi niż sądy czy wszelkie komisje weryfikacyjne, ale nawet dość często sięgają po oręż w walce z wrogami ludu pracującego. Od 1989 r. wszak krew jednostek niepokornych leje się strumieniem, mimo zaklęć różnych, jak mówi pan Grzegorz Braun, łajdaków w sutannach, że „transformacja ustrojowa” była bezkrwawa.
Tymczasem gra toczy się o odzyskanie suwerenności przez Polskę. O odtworzenie naprawdę niepodległego państwa i pognanie sowieckiej agentury tam gdzie jej miejsce. Czy PiS podejmie walkę o te ideały, mimo tak sromotnych klęsk i nieszczęść, jakich doznał do tej pory? Czy tylko zapewni stołeczki w Gadalni dla kolejnych zastępów Poncyliuszy i Kluzik Rostkowskich? I pytanie fundamentalne – czy taka walka o suwerenność jest w ogóle dziś możliwa? Mackiewicz uważał, że od wewnątrz nie da się pokonać bolszewików. Pokonanie bolszewizmu może być możliwe tylko przez koalicję państw wolnych. Antybolszewicką międzynarodówkę. Czy coś takiego istnieje w obecnym świecie? Czy Jarosław Kaczyński i pozostali sekciarze smoleńscy mają zaplecze na zewnątrz sowieckiego bloku? Jeśli nie, to w interesie niepodległej Polski jest, aby nie wygrali jesienią tych wyborów. Po co ładować się w łapy „nieznanych sprawców”, po co fundować sobie trzeci Katyń? Dwa dotychczasowe nam wystarczą. Lepiej czekać w odwodzie do momentu pojawienia się na horyzoncie jakiegoś autentycznego antykomunistycznego Napoleona, który powoła do życia mackiewiczowską międzynarodówkę. Czekajmy na własną „Odyseję świtu”…
czwartek, 7 kwietnia 2011
Wieści z Leminggradu (9)
Leminggrad przygotowuje się do kolejnego wiekopomnego wydarzenia, a mianowicie spisu powszechnego. Jak wiemy z historii, taki spis może wydać niezwykle ważne, z perspektywy ogólnoludzkiej, owoce. Wszak podczas jednego z takich spisów narodził się Zbawiciel. Można, zatem szydzić z tego totalitarnego czy też, jak kto woli socjalistycznego obyczaju, jakim jest okazjonalne skontrolowanie przez rządzących strzyżonego przez nich bydła, zwanego dla niepoznaki społeczeństwem, ale pamiętajmy, że było ono konieczne, aby Pismom i Prorokom stało się zadość. Nie utyskujmy, zatem tylko popatrzmy, czego nasz obecny spis może nas nauczyć, jakie korzyści możemy z niego wyciągnąć.
I oto jeszcze rachmistrze nie wyszli w teren, jeszcze nie posypały się pytania, a już zaktywizowali się śląscy autonomiści, wywołując kolejny w Leminggradzie temat zastępczy, dzięki któremu media mają, o co wypytywać zastępy swoich dyżurnych ekspertów oraz przywalać znienawidzonemu Kaczorowi, który po raz kolejny podszedł do tematu zbyt poważnie i zamiast skwitować problem śmiechem, zadął w jerychońskie trąby.
Tymczasem paradoksalnie śląscy autonomiści pokazują nam, miłośnikom odbudowy niepodległej i suwerennej Polski drogę działania. Skoro nasze państwo jest sowiecką atrapą, rządzoną przez marionetki, którymi sterują funkcjonariusze komunistycznych służb, zarządzani z Kremla, to najlepszym wyjściem z tej patowej sytuacji byłoby ogłoszenie przez wszystkich obywateli, tej państwowej protezy, autonomii. Czyż to nie genialne? Odgrodzić się od biurokracji, gąszczy sprzecznych przepisów, wyrwać swój los z rąk Gadalni RP, czyli tzw. sejmu i senatu, szeregu zbędnych instytucji itd., itp. Każdy, nie tylko Ślązak lub Kaszuba, mógłby wywiesić na drzwiach i bramach tabliczkę z napisem: „Mieszkanie – autonomia Jana Kowalskiego, wejście tylko za okazaniem zaproszenia/wizy/paszportu” itp. Dzięki temu powrócilibyśmy do jakże pięknej idei sarmackiej wyrażającej się w haśle: „Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Nareszcie zrealizowalibyśmy niespełniony sen o społeczeństwie obywatelskim, o którym tyle mówili i pisali tacy wybitni myśliciele jak Tadeusz Mazowiecki czy Bronisław Geremek.
Nie wiem czy aktywiści Ruchu Autonomii Śląska kierują się w swej działalności takimi przesłankami. Być może zdają sobie sprawę z rzeczywistej sytuacji naszego nieszczęśliwego kraju i chcą pod płaszczykiem autonomii oddać się w opiekę Niuni Europejskiej, a co za tym idzie „zakamuflowanej opcji niemieckiej” – wszak wiemy, kto tam gra pierwsze skrzypce. Uciekają, zatem przed kryzysem, ZUSem i pułkownikiem Putinem pod skrzydła Adolfiny… znaczy się pardon! – Angeli. Ale nie domyślają się bidoki (tak chyba będzie biedaki po Śląsku?), że ta cała Niunia to „zakamuflowana opcja” neosowiecka? „Wspólny Europejski Dom”, o którym marzył tow. Gorbaczow w 1990 r.? A może rzeczywiście myślą, że autonomia ich uratuje przed zawieruchą, jaka może mieć miejsce w obliczu kryzysu finansów publicznych?
Nie chce mi się bowiem wierzyć, że cały ten Ruch stworzony jest tylko po to, żeby walić w znienawidzonego Kaczora jak w bęben. No cóż, jakie są ukryte motywy, możemy się tylko domyślać. Jarosław Kaczyński moim zdaniem, nie powinien boczyć się, tylko zaapelować do śląskich autonomistów, aby zamiast odcinać się od reszty kraju, wsparli nurt niepodległościowy w walce o odzyskanie suwerenności państwowej. I obiecać, że w Odrodzonej Rzeczpospolitej tak jak w Rzeczpospolitej Obojga Narodów (w okresie „Złotego Wieku”) nie zabraknie wolności dla mniejszości narodowych. A resztę skwitować śmiechem.
I oto jeszcze rachmistrze nie wyszli w teren, jeszcze nie posypały się pytania, a już zaktywizowali się śląscy autonomiści, wywołując kolejny w Leminggradzie temat zastępczy, dzięki któremu media mają, o co wypytywać zastępy swoich dyżurnych ekspertów oraz przywalać znienawidzonemu Kaczorowi, który po raz kolejny podszedł do tematu zbyt poważnie i zamiast skwitować problem śmiechem, zadął w jerychońskie trąby.
Tymczasem paradoksalnie śląscy autonomiści pokazują nam, miłośnikom odbudowy niepodległej i suwerennej Polski drogę działania. Skoro nasze państwo jest sowiecką atrapą, rządzoną przez marionetki, którymi sterują funkcjonariusze komunistycznych służb, zarządzani z Kremla, to najlepszym wyjściem z tej patowej sytuacji byłoby ogłoszenie przez wszystkich obywateli, tej państwowej protezy, autonomii. Czyż to nie genialne? Odgrodzić się od biurokracji, gąszczy sprzecznych przepisów, wyrwać swój los z rąk Gadalni RP, czyli tzw. sejmu i senatu, szeregu zbędnych instytucji itd., itp. Każdy, nie tylko Ślązak lub Kaszuba, mógłby wywiesić na drzwiach i bramach tabliczkę z napisem: „Mieszkanie – autonomia Jana Kowalskiego, wejście tylko za okazaniem zaproszenia/wizy/paszportu” itp. Dzięki temu powrócilibyśmy do jakże pięknej idei sarmackiej wyrażającej się w haśle: „Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Nareszcie zrealizowalibyśmy niespełniony sen o społeczeństwie obywatelskim, o którym tyle mówili i pisali tacy wybitni myśliciele jak Tadeusz Mazowiecki czy Bronisław Geremek.
Nie wiem czy aktywiści Ruchu Autonomii Śląska kierują się w swej działalności takimi przesłankami. Być może zdają sobie sprawę z rzeczywistej sytuacji naszego nieszczęśliwego kraju i chcą pod płaszczykiem autonomii oddać się w opiekę Niuni Europejskiej, a co za tym idzie „zakamuflowanej opcji niemieckiej” – wszak wiemy, kto tam gra pierwsze skrzypce. Uciekają, zatem przed kryzysem, ZUSem i pułkownikiem Putinem pod skrzydła Adolfiny… znaczy się pardon! – Angeli. Ale nie domyślają się bidoki (tak chyba będzie biedaki po Śląsku?), że ta cała Niunia to „zakamuflowana opcja” neosowiecka? „Wspólny Europejski Dom”, o którym marzył tow. Gorbaczow w 1990 r.? A może rzeczywiście myślą, że autonomia ich uratuje przed zawieruchą, jaka może mieć miejsce w obliczu kryzysu finansów publicznych?
Nie chce mi się bowiem wierzyć, że cały ten Ruch stworzony jest tylko po to, żeby walić w znienawidzonego Kaczora jak w bęben. No cóż, jakie są ukryte motywy, możemy się tylko domyślać. Jarosław Kaczyński moim zdaniem, nie powinien boczyć się, tylko zaapelować do śląskich autonomistów, aby zamiast odcinać się od reszty kraju, wsparli nurt niepodległościowy w walce o odzyskanie suwerenności państwowej. I obiecać, że w Odrodzonej Rzeczpospolitej tak jak w Rzeczpospolitej Obojga Narodów (w okresie „Złotego Wieku”) nie zabraknie wolności dla mniejszości narodowych. A resztę skwitować śmiechem.
niedziela, 3 kwietnia 2011
„Czarny czwartek”, czyli „Gdzie jest generał?”
Kino to najważniejsza ze sztuk
W.I.Lenin
Wiele jest dat w naszej historii, które mógłbym uznać za czas swoich narodzin. 22 stycznia 1863 r., 1 i 17 września 1939 r., 1 sierpnia 1944. Ale w tym pochodzie tragicznych wydarzeń, 17 grudnia 1970 r. stanowi datę szczególną. Mimo, że jeszcze wtedy nie istniałem pozwalam sobie z całą odpowiedzialnością pisać i mówić o moim Grudniu. Tego dnia Gdynia została wydana na pastwę bandytów w niebieskich mundurach udających po 1944 r. służby porządkowe oraz ogłupionych przez propagandę żołnierzy służących w sowieckiej atrapie polskiego wojska. Miasto i jego mieszkańcy stali się dla nich zwierzyną łowną, a wszystko po to, aby grupa spiskowców namaszczonych przez kremlowskiego suwerena mogła odsunąć od władzy stetryczałego, zaściankowego Gomułkę oraz jego świtę i zastąpić ich „nowoczesną”, otwartą na świat, nowe technologie i dolary ekipę Edwarda Gierka. Aby operacja się powiodła trzeba było, jak to w systemie sowieckim pozabijać trochę ludzi. Udało się – trupy padły, dziadek Gomułka odszedł na emeryturę, sowieci zainstalowali sobie nowych namiestników. Nad całością operacji czuwał pewien generał, predestynowany przez towarzyszy „radzieckich” do roli komunistycznego anioła stróża nad polską masą jeszcze od lat 40.
Temat tzw. „wydarzeń grudniowych” czekał na swój film długo. I niestety jeszcze będzie musiał poczekać. Bowiem z filmu Antoniego Krauzego pt. „Czarny czwartek” o kulisach grudniowej zbrodni niestety nic się nie dowiemy. Film ten jest ważny, ale tylko z jednego powodu. Jest kolejną przesłanką wskazującą, że nadal tkwimy w systemie sowieckim, w którym od czasu do czasu władza zezwoli na skorzystanie z wentylu bezpieczeństwa, aby społeczeństwo (przynajmniej ta jego część spragniona prawdy) mogło się „wyszumieć”. Ale proces wyszumienia musi być pod kontrolą. Wolno zatem powiedzieć „A”, można półgębkiem wymamrotać „B”, ale od wypowiedzenia „C” – wara! Taki właśnie jest najnowszy film o Janku Wiśniewskim i innych ofiarach Towarzysza Generała.
Zbrodnia grudniowa bardzo przypomina zbrodnię katyńską. W ogóle mechanizm zbrodni dokonywanych przez komunistów jest taki sam. Morduje się nie tylko prawdziwych lub wyimaginowanych wrogów ludu, ale także zabija się pamięć o nich. Pluje na ich godność i prześladuje całe rodziny ofiar. Zamordowany „wróg” nie ma prawa do uroczystego pogrzebu, własnego grobu, rodzinie odbiera się prawo do uczczenia jego pamięci. Tak było w Katyniu, tak też było w grudniu 1970 r. Ale system sowiecki charakteryzuje się jeszcze innymi ciekawymi elementami. Co jakiś czas zmienia się mądrość etapu, trzeba oszukać zachodnią tzw. burżuazyjną opinię publiczną a i własną też można przy okazji wywieźć po raz kolejny w pole. Wtedy urządza się szopkę, która ma pokazać, jaka to władza jest wspaniałomyślna. Taką szopkę urządzono w Katyniu, gdy spędzono tam żołnierzy rodzącego się LWP i w asyście dilera opium dla ludu urządzono uroczystości ku czci pomordowanych przez faszystów polskich oficerów. Takie szopki urządzono w czasie, tzw. karnawału Solidarności w 1980 r., gdy władza wspaniałomyślnie zezwoliła na odsłonięcie w Gdańsku pomnika Trzech Krzyży, pozwoliła Danielowi Olbrychskiemu na recytację patriotycznych wierszyków, a Andrzejowi Wajdzie na ekranizację „Człowieka z żelaza”, gdzie po raz pierwszy pokazano przystanek Gdynia Stocznia, na którym grudniowym porankiem polała się krew. Ale na tym mądrości etapu się kończą. Wentyl popracuje i zostaje na nowo zatkany, a społeczeństwo znowu się dusi.
W systemie sowieckim trzeba cały czas lawirować. W okresie „zatykania trąby” siedzieć cichutko. Gdy nastaje odwilż, wtedy można wyjść z nory i zrobić coś konstruktywnego. Np. film o krwawych wydarzeniach. Ale cały czas trzeba się kontrolować. Dawniej robiła to z urzędu cenzura. Teraz, po 1989 r. jesteśmy tak dobrze wytresowani, że nie potrzebujemy urzędu, sami potrafimy się cenzurować. Ugryźć się w język, gdy za bardzo nam buszuje w jamie ustnej. Kopnąć w kostkę, gdy za bardzo fryga. Tak właśni postąpili twórcy „Czarnego czwartku”. Zaserwowali nam oficjalną, podręcznikową, telewizyjną wersję tzw. wydarzeń grudniowych. Oto władza urządza znękanemu społeczeństwu podwyżki cen na artykuły spożywcze, społeczeństwo się burzy, urządza manifestacje, po czym władza, trzęsąca portkami przed towarzyszami „radzieckimi” pacyfikuje krnąbrnych demonstrantów, wciskając milicji i wojsku kłamstwa o faszystowskiej kontrrewolucji na Wybrzeżu. Bezradne biuro polityczne z tow. Wiesławem coraz mniej panuje nad sytuacją, ale kto nad nią naprawdę panuje tego na filmie nie widzimy. Ani śladu generała Jaruzelskiego, ministra obrony narodowej, bez którego żaden wystrzał nie mógłby 17 grudnia w Gdyni paść. Nie dowiadujemy się, dlaczego społeczeństwo zbuntowało się przeciw władzy akurat na Wybrzeżu, a nie dajmy na to w Biłgoraju? Dlaczego na ulicę wyszli pracownicy przemysłu stoczniowego a nie np. listonosze? Ich podwyżki nie dotknęły? Film kończy się przejmującymi scenami pochówku głównego bohatera zamordowanego rankiem na Gdyni Stoczni i ta gra na emocjach ma nam, widzom, zastąpić poznanie prawdy o tym, kto i dlaczego zorganizował w 1970 r. tę masakrę.
Dlaczego o tym wszystkim z filmu „Czarny czwartek” i innych, które kręcone będą w obecnych czasach się nie dowiemy? Odpowie nam porucznik MO Lech Ryś, „sprawujący społecznie dyskretną opiekę nad garstką urwisów”, czyli słynny Wujek Dobra Rada:
- Przecież to dziecinnie proste. Jeśli chcesz aby twój film dotarł pod neosowieckie strzechy każdego polskiego domu, wzruszając do łez widzów i wzbudzając ich sympatię do Ciebie – Twórcy, a jednocześnie mógł brylować na salonach tzw. III RP, zdobyć patronat prezydenta Bieruta… znaczy się pardon! – Komorowskiego, umożliwić Tobie – Twórcy, dalszą owocną, artystyczną pracę dla dobra wspólnego i Orła Białego na Twej klapie, nie wolno Ci pokazywać Prawdy. Jako wentyl, możesz uchylić jej rąbka i schluss! Gryź się w język! Kop w kostkę, wypij szklankę zimnej wody. Ochłoń! Prawda jest ciekawa tylko dla psycholi i oszołomów!
Ofiary grudniowe czekają dalej na film o kulisach ich śmierci. Polska nadal czeka na Wolność i Niepodległość. Bez ich odzyskania, nie będziemy oglądać filmów, których twórcy dążą do poznania i ukazania nam Prawdy.
W.I.Lenin
Wiele jest dat w naszej historii, które mógłbym uznać za czas swoich narodzin. 22 stycznia 1863 r., 1 i 17 września 1939 r., 1 sierpnia 1944. Ale w tym pochodzie tragicznych wydarzeń, 17 grudnia 1970 r. stanowi datę szczególną. Mimo, że jeszcze wtedy nie istniałem pozwalam sobie z całą odpowiedzialnością pisać i mówić o moim Grudniu. Tego dnia Gdynia została wydana na pastwę bandytów w niebieskich mundurach udających po 1944 r. służby porządkowe oraz ogłupionych przez propagandę żołnierzy służących w sowieckiej atrapie polskiego wojska. Miasto i jego mieszkańcy stali się dla nich zwierzyną łowną, a wszystko po to, aby grupa spiskowców namaszczonych przez kremlowskiego suwerena mogła odsunąć od władzy stetryczałego, zaściankowego Gomułkę oraz jego świtę i zastąpić ich „nowoczesną”, otwartą na świat, nowe technologie i dolary ekipę Edwarda Gierka. Aby operacja się powiodła trzeba było, jak to w systemie sowieckim pozabijać trochę ludzi. Udało się – trupy padły, dziadek Gomułka odszedł na emeryturę, sowieci zainstalowali sobie nowych namiestników. Nad całością operacji czuwał pewien generał, predestynowany przez towarzyszy „radzieckich” do roli komunistycznego anioła stróża nad polską masą jeszcze od lat 40.
Temat tzw. „wydarzeń grudniowych” czekał na swój film długo. I niestety jeszcze będzie musiał poczekać. Bowiem z filmu Antoniego Krauzego pt. „Czarny czwartek” o kulisach grudniowej zbrodni niestety nic się nie dowiemy. Film ten jest ważny, ale tylko z jednego powodu. Jest kolejną przesłanką wskazującą, że nadal tkwimy w systemie sowieckim, w którym od czasu do czasu władza zezwoli na skorzystanie z wentylu bezpieczeństwa, aby społeczeństwo (przynajmniej ta jego część spragniona prawdy) mogło się „wyszumieć”. Ale proces wyszumienia musi być pod kontrolą. Wolno zatem powiedzieć „A”, można półgębkiem wymamrotać „B”, ale od wypowiedzenia „C” – wara! Taki właśnie jest najnowszy film o Janku Wiśniewskim i innych ofiarach Towarzysza Generała.
Zbrodnia grudniowa bardzo przypomina zbrodnię katyńską. W ogóle mechanizm zbrodni dokonywanych przez komunistów jest taki sam. Morduje się nie tylko prawdziwych lub wyimaginowanych wrogów ludu, ale także zabija się pamięć o nich. Pluje na ich godność i prześladuje całe rodziny ofiar. Zamordowany „wróg” nie ma prawa do uroczystego pogrzebu, własnego grobu, rodzinie odbiera się prawo do uczczenia jego pamięci. Tak było w Katyniu, tak też było w grudniu 1970 r. Ale system sowiecki charakteryzuje się jeszcze innymi ciekawymi elementami. Co jakiś czas zmienia się mądrość etapu, trzeba oszukać zachodnią tzw. burżuazyjną opinię publiczną a i własną też można przy okazji wywieźć po raz kolejny w pole. Wtedy urządza się szopkę, która ma pokazać, jaka to władza jest wspaniałomyślna. Taką szopkę urządzono w Katyniu, gdy spędzono tam żołnierzy rodzącego się LWP i w asyście dilera opium dla ludu urządzono uroczystości ku czci pomordowanych przez faszystów polskich oficerów. Takie szopki urządzono w czasie, tzw. karnawału Solidarności w 1980 r., gdy władza wspaniałomyślnie zezwoliła na odsłonięcie w Gdańsku pomnika Trzech Krzyży, pozwoliła Danielowi Olbrychskiemu na recytację patriotycznych wierszyków, a Andrzejowi Wajdzie na ekranizację „Człowieka z żelaza”, gdzie po raz pierwszy pokazano przystanek Gdynia Stocznia, na którym grudniowym porankiem polała się krew. Ale na tym mądrości etapu się kończą. Wentyl popracuje i zostaje na nowo zatkany, a społeczeństwo znowu się dusi.
W systemie sowieckim trzeba cały czas lawirować. W okresie „zatykania trąby” siedzieć cichutko. Gdy nastaje odwilż, wtedy można wyjść z nory i zrobić coś konstruktywnego. Np. film o krwawych wydarzeniach. Ale cały czas trzeba się kontrolować. Dawniej robiła to z urzędu cenzura. Teraz, po 1989 r. jesteśmy tak dobrze wytresowani, że nie potrzebujemy urzędu, sami potrafimy się cenzurować. Ugryźć się w język, gdy za bardzo nam buszuje w jamie ustnej. Kopnąć w kostkę, gdy za bardzo fryga. Tak właśni postąpili twórcy „Czarnego czwartku”. Zaserwowali nam oficjalną, podręcznikową, telewizyjną wersję tzw. wydarzeń grudniowych. Oto władza urządza znękanemu społeczeństwu podwyżki cen na artykuły spożywcze, społeczeństwo się burzy, urządza manifestacje, po czym władza, trzęsąca portkami przed towarzyszami „radzieckimi” pacyfikuje krnąbrnych demonstrantów, wciskając milicji i wojsku kłamstwa o faszystowskiej kontrrewolucji na Wybrzeżu. Bezradne biuro polityczne z tow. Wiesławem coraz mniej panuje nad sytuacją, ale kto nad nią naprawdę panuje tego na filmie nie widzimy. Ani śladu generała Jaruzelskiego, ministra obrony narodowej, bez którego żaden wystrzał nie mógłby 17 grudnia w Gdyni paść. Nie dowiadujemy się, dlaczego społeczeństwo zbuntowało się przeciw władzy akurat na Wybrzeżu, a nie dajmy na to w Biłgoraju? Dlaczego na ulicę wyszli pracownicy przemysłu stoczniowego a nie np. listonosze? Ich podwyżki nie dotknęły? Film kończy się przejmującymi scenami pochówku głównego bohatera zamordowanego rankiem na Gdyni Stoczni i ta gra na emocjach ma nam, widzom, zastąpić poznanie prawdy o tym, kto i dlaczego zorganizował w 1970 r. tę masakrę.
Dlaczego o tym wszystkim z filmu „Czarny czwartek” i innych, które kręcone będą w obecnych czasach się nie dowiemy? Odpowie nam porucznik MO Lech Ryś, „sprawujący społecznie dyskretną opiekę nad garstką urwisów”, czyli słynny Wujek Dobra Rada:
- Przecież to dziecinnie proste. Jeśli chcesz aby twój film dotarł pod neosowieckie strzechy każdego polskiego domu, wzruszając do łez widzów i wzbudzając ich sympatię do Ciebie – Twórcy, a jednocześnie mógł brylować na salonach tzw. III RP, zdobyć patronat prezydenta Bieruta… znaczy się pardon! – Komorowskiego, umożliwić Tobie – Twórcy, dalszą owocną, artystyczną pracę dla dobra wspólnego i Orła Białego na Twej klapie, nie wolno Ci pokazywać Prawdy. Jako wentyl, możesz uchylić jej rąbka i schluss! Gryź się w język! Kop w kostkę, wypij szklankę zimnej wody. Ochłoń! Prawda jest ciekawa tylko dla psycholi i oszołomów!
Ofiary grudniowe czekają dalej na film o kulisach ich śmierci. Polska nadal czeka na Wolność i Niepodległość. Bez ich odzyskania, nie będziemy oglądać filmów, których twórcy dążą do poznania i ukazania nam Prawdy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
